Real Madryt przyleciał do Japonii po trzeci puchar w tym sezonie. Obowiązek został wykonany najmniejszym nakładem sił, a wygrany 4:2 mecz z Kashimą nie był ucztą dla kibiców.

„Królewscy” przez większość meczu grali bezpłciowo, jakby z poczuciem, że przecież może się on sam wygrać. Widać było grzechy z poprzednich spotkań – choćby z Legią w Warszawie, czy przeciwko Las Palmas – chłodne lekceważenie rywala i granie na granicy odpowiedzialności. Szybka bramka Benzemy jeszcze to spotęgowała. Spacerujący Modrić, niedokładny Kroos, tracący Casemiro… Obrazek znany z meczów ze słabszymi rywalami powielił się także i dziś.

Ale czy Japończycy potrafili to wykorzystać? Niespecjalnie, chociaż przez kilka minut nawet prowadzili. Wtedy jednak Real włączył trzeci bieg i dość szybko doprowadził do wyrównania po pewnym rzucie karnym Cristiano Ronaldo, by po chwili znów wrócić do spacerowego tempa.
O ile jednak Real nie chciał, o tyle Kashima nie potrafiła przejść do konkretów. „Los Blancos” cały mecz trzymali rywala za łeb, niczym starszy brat pilnujący młodszego rodzeństwa. „Możesz trochę poszaleć, ale koniec końców i tak będzie na nasze” zdawali się myśleć zawodnicy Realu. I choć powinni zakończyć ten mecz w 90 minutach, to nie potrafili tego zrobić grając nie na pół, ale wręcz na ćwierć gwizdka. Irytował Marcelo, raziły niedokładne podania, a promyków nadziei kibice mogli upatrywać chyba tylko w tych drobnych przebłyskach geniuszu.

Bo gdy taki zespół wejdzie na najwyższe obroty, to zazwyczaj nie ma czego zbierać. Problem Realu tkwi jednak w tym, że nie potrafi dobić rywala. Gdy już ma go na widelcu, nie stawia kropki nad i. Jest syty. I dziś, kolejny raz w tym sezonie za to zapłacił. Na razie pierwszą ratę.

Drugą kondycja odbierze w styczniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *