Oglądanie reprezentacji na Stadionie Narodowym zawsze powoduje dodatkowe emocje i sprawia, że mecz smakuje zupełnie inaczej. I choć awans naszej kadry do MŚ ani przez moment nie był zagrożony, to świętowanie zawsze smakuje lepiej po zwycięstwie.

Decyzja o tym, że wszystkie mecze o punkty naszej reprezentacji będą rozgrywane na Stadionie Narodowym miała swoich zwolenników i przeciwników jednak finalnie sprawiła, że obiekt ten stał się domem naszej drużyny, jej centrum i ośrodkiem jednoczącym ludzi. Do Warszawy zjeżdżają ludzie z całego kraju, bez względu na własne przekonania i sympatie kibicowskie. Kadra jest tym wspólnym dobrem – ponad podziałami.

W latach sukcesu reprezentacji zapełnienie mieszczącego niemal 60 tys. miejsc stadionu nie stanowi żadnego problemu. Ba, problem pojawia się u tej drugiej strony, która zastanawia się, co zrobić, żeby znaleźć się właśnie w tym miejscu. Bo sukces przyciąga, sukces napędza biznes i całą koniunkturę nie tylko piłkarską, ale także normuje życie stolicy w trakcie weekendu meczowego.

– Wczoraj pracowałam do drugiej. Dzisiaj przyszłam tutaj na dziesiątą i szczerze powiedziawszy szef od razu powiedział: czynne do ostatniego klienta. A wiadomo, że jak będzie feta, to kibice mogą siedzieć nawet do rana – mówi nam w niedzielne południe jedna z kelnerek pracująca w restauracji. Nie w barze czy pubie, ale właśnie w miejscu, w którym na pierwszym miejscu jest jedzenie. Nawet tutaj wystawiony został telebim, wieczorem zamiast ciepłych dań serwować będą zimne piwo. I biznes będzie się kręcił.

Jeden mecz reprezentacji determinuje życie wielu ludzi z branży pozasportowej. Kierowcy i maszyniści komunikacji miejskiej muszą przyjść do pracy, podobnie jak policjanci i kolejarze. O całej branży gastronomicznej nie wspominając. Swoje zatrudnienie znajdują również panowie handlujący nielegalnie koszulkami i flagami reprezentacji. Rozkładają się gdzie popadnie nęcąc niedzielnych kibiców patriotyzmem i umiłowaniem do barw. To też biznes.

Ale biznes spowodowany jest wynikami, a polski kibic jest wybredny. Na Narodowym byłem m.in. w marcu 2013 roku, kiedy to podejmowaliśmy tutaj Szkocję. Sprzedawców gadżetów nie było wtedy nawet w 1/3 tak wielu jak ostatniej niedzieli. Na trybunach również daleko było do kompletu (42 tys. widzów), pod koniec spotkania kibice masowo opuszczali miejsca, a ci którzy zostali – gwizdali. Tak zaczynał Nawałka.

Tą nieliczną wybredność dało się odczuć po wyrównującej bramce dla Czarnogóry w 83. minucie. Cisza i niedowierzanie, może rozczarowanie. Momentami frustracja i zwątpienie artykułowane przez „Januszowe” analizy…Trwało to moment, za chwilę ktoś z drugiej strony zaintonował „Jesteśmy z wami”, ale jednocześnie jakże wymownie pokazuje, że łaska kibica nie jest wieczna.

Niestety, forma piłkarza też nie i oglądając dzisiejszą kadrę należy mieć tego świadomość. Dzisiejsi bohaterowie nie będą wieczni, a nikt nie zagwarantuje, że ta kadra w przyszłości również będzie przynosić radość. Może się okazać, że właśnie teraz jest jej szczyt i właśnie teraz przychodzi nam oglądać apogeum jej sukcesu.

Widzimy, że nie jest to drużyna pozbawiona wad. Są one głośno opisywane przez Lewandowskiego, ale jakoś dziwnie, akurat w tej kwestii nikt nie chce go słuchać. Brakuje jej w defensywie, na ławce i w głowie jako kolektywowi. Zbigniew Boniek powiedział kiedyś, że dobry piłkarz zaczyna się od szyi w górę. Brak koncentracji jest jej – przynajmniej moim zdaniem – największą piętą Achillesową.

Co więc z tym zrobić? Absolutnie nic. Cieszyć się tą chwilą radości i wyczekanego sukcesu, cieszyć się każdą bramką „Lewego”, główką Glika i rajdami Piszczka. Za czterdzieści lat ktoś nas zapyta, jak to było żyć w czasach Lewandowskiego i kadry Nawałki. Z dumą możemy wtedy opowiedzieć o ostatnim meczu z Czarnogórą, który był jej doskonałym podsumowaniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *