Wisła chciała potraktować Puchar Polski poważnie i w porównaniu z poprzednim meczem z Lechią nie zrobiła zbyt wielu zmian. Niestety, finalnie nic z tego nie wyszło.

Mecz z Lechią jawił się jako porażka jeszcze zanim piłkarze wybiegli na boisko. Losowanie Pucharu Polski przydzieliło Wiśle już w pierwszej rundzie jednego z trudniejszych rywali. Na dodatek mecz miał zostać rozegrany u siebie, co przy obecnych kłopotach finansowych wytworzyło dodatkowe koszty. Nie jest tajemnicą, że przyciągnięcie kibiców na trybuny w środku tygodnia to problem nie tylko Wisły, ale również innych klubów. Na meczu zjawiło się trochę ponad 6 tysięcy kibiców i można przypuszczać, że nie zapewnili oni zwrotu z tej inwestycji.

Kolejny problem dotyczy zawodników, którzy nie występują w pierwszym składzie. Tibor Haililović i Kamil Wojtkowski regularnie pukają do drzwi wyjściowej jedenastki, jednak przy dobrej postawie kolegów z zespołu nie są w stanie na stałe w niej zagościć. Wydawać by się mogło, że Puchar Polski będzie odpowiednim momentem na danie im szansy. I tak najpewniej by się stało, gdyby nie pech obu graczy. Haililović doznał delikatnego stłuczenia, natomiast Wojtkowski był przeziębiony – niestety obaj będą jeszcze musieli trochę poczekać.

No i wreszcie ostatni aspekt czyli boisko. Wisła w pierwszej połowie dała się zupełnie zdominować rywalowi. Zupełnie nie funkcjonowały skrzydła, które były głównym motorem napędowym w meczu ligowym. Środek pola skonstruowany na trójce Basha-Plewka-Kort był raczej nastawiony defensywnie i nie mógł dać odpowiedniej jakości w ataku. Choć w drugiej połowie Wisła zdołała wyrównać, to jednak nigdy nie była to pełna kontrola nad meczem.

Meczem, który w dogrywce znów zaczął przypominać pierwszą połowę, jednak dzięki Michałowi Buchalikowi Wisła mogła liczyć na szczęście w karnych. Cóż, także tutaj czegoś zabrakło.

Wspomniany Buchalik, to w dużej mierze jedyny wygrany pucharowego meczu. Jak zwykle bramkarz ten był solidny, a swoimi pewnymi interwencjami pokazał, że jest po prostu lepszy od młodszego kolegi z klubu. Niewiele wskazuje na to, żeby Mateusz Lis miał przestać bronić w lidze, jednak jeszcze jeden taki występ jak w Szczecinie i trener Maciej Stolarczyk może się zacząć zastanawiać nad zmianą.

Po odpadnięciu z Pucharu Polski nikt nie zamierza rozdzierać szat. Kolejne niepowodzenie w losowaniu znów mogłoby być zabójcze dla budżetu. Mimo wszystko tego meczu jednak trochę szkoda. Bo skoro już go trzeba było zorganizować, skoro trener podszedł do niego poważnie, to można tylko żałować, że po raz kolejny nie udało się tutaj osiągnąć sukcesu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *